Etykiety

środa, 19 czerwca 2013

Potęga filmu



         W moim przypadku oglądanie filmów wywołuje szereg skutków ubocznych, które trudno jednoznacznie zakwalifikować w szereg plusów lub minusów. Nie jestem w tej dziedzinie specjalistą, ale stworzyłam sobie pewne kryterium, według którego jestem w stanie ocenić, czy dany film zasługuje na uwagę i czy należy go zapisać w poczet produkcji udanych. Co stanowi dla mnie taki miernik?

 Otóż po zakończonym seansie pozostaję w lekkim szoku i stanie otumanienia. Nie bardzo mam świadomość tego, co dzieje się wokół. Często jestem tak zaaprobowana tym, co zobaczyłam, że nie mogę przez pewien czas wykrztusić choćby słowa. Moje myśli są mocno pochłonięte przedstawioną problematyką. Twórcy zmuszają mnie do poważnej refleksji. W przypadku nocnego oglądania nie wykluczona jest bezsenność. Jeżeli coś jest naprawdę nietuzinkowe, to nie pozwala o sobie szybko zapomnieć. Gdzieś z tyłu głowy wije się jeszcze przez dość długo. Intensywność rozmyślań topnieje powoli i stopniowo. Jednak taki obraz znajduje sobie stałe miejsce w moim życiu. Wracam do niego wspomnieniami. Nie obce jest mi zjawisko utożsamiania się z bohaterami, lokowania swojej osoby w filmowych realiach. Nawet jeśli historia zabarwiona jest szarymi, zimnymi odcieniami, bycie jej częścią rysuje się jako coś niezwykle ciekawego, gwarantującego niecodzienne przeżycia. Myślę, że nie tylko dla mnie jest to czasem odskocznia i alternatywny świat, kiedy tego mamy już troszeczkę dość. Ale oczywistym jest, że nadmierne zatracenie w tym innym świecie może stać się niebezpieczne. Kontakt z rzeczywistością musi pozostać. Obiektywne stwierdzenie, że coś jest dobre lub złe, w przypadku dzieł filmowych bywa trudne. Są jakieś tam czynniki, które daną produkcję przekreślają, ale tak poza tym, wszystko zależy od gustu i upodobań. I tutaj posiadam swoich faworytów, jak i rzeczy, do których jestem nieco uprzedzona. Uwielbiam, kiedy film bije realizmem, prawdziwością, smutną prozą życia. Pasjonują mnie zawiłe meandry historii. Absolutnie zajmują powykręcane, wielowątkowe obrazy, w których nie do końca wiadomo, o co chodzi, a które po każdym kolejnym obejrzeniu interpretuje się inaczej. Łatwo się więc domyślić, iż moją domeną są wszelkiej maści dramaty: psychologiczne, społeczne, historyczne, wojenne, obyczajowe. Należę do tej nielicznej grupy, która ceni sobie w tym sektorze kino polskie. Jakoś te nasze realia, pomysły najbardziej mnie uderzają. Choć nie wyłącznie. Muszę się też przyznać, że w odbiorze filmu przez moją skromną osobę, ogromną rolę odgrywa muzyka. Nie jest tajemnicą, że to moja ulubiona dziedzina sztuki. Buduje odpowiedni klimat i trzeba przyznać, że często stanowi o sile pewnych produkcji. Jestem też z tych, którzy wykazują pewną słabość do ulubionych aktorów i łykają w ciemno ich kolejne popisy. Przyznaję, tutaj nie jestem w stanie zawsze zachować dystansu i chłodnego spojrzenia. Film, jako coś silnie oddziałującego na społeczeństwo, powinien reprezentować sobą jakieś pozytywne wartości. Dobrze wiemy, że bywa z tym różnie. Oczywiście, ma też swoją drugą funkcję, a mianowicie dostarczanie rozrywki, ale ta często bywa wręcz na żenująco niskim poziomie. Przepych i efekciarskie sztuczki nie powinny przysłaniać ważniejszych składowych. Forma nie może dominować nad treścią. Jako odbiorcy nie dajmy się zbyć i zadowolić byle czym. Obserwując zachodzące procesy, zauważam niepokojącą tendencję spychania sztuki w dół. Robienia z niej jakiejś bezsmakowej papki. Bardziej wymagające rzeczy gdzieś tam sobie funkcjonują i na szczęście zawsze będą, ale dlaczego najbardziej wpływowe media wciskają nam takie bezpłciowe potworki?


Caryca

1 komentarz: